Djerba w czasach zarazy

Erriadh i graffiti, które już chyba zawsze będzie mi się kojarzyć z “pandemicznym” pobytem na wyspie.

Długo zabierałam się do napisania tej relacji. Musiałam trochę ochłonąć po zawirowaniach towarzyszących mojemu pobytowi w Tunezji, a potem powrotowi do kraju wprost na kwarantannę. Chyba dobrze się stało, że ta opowieść powstała gdy emocje związane z wirusem już trochę opadły. Czasem lepiej nie pisać o czymś na gorąco – łatwiej wówczas odnieść się do opisywanych wydarzeń, nabrać do nich dystansu czy ocenić je z pewnej perspektywy. Być może ktoś, kto też był w marcu na Djerbie, zupełnie inaczej odebrał tamtejszą rzeczywistość w początkach pandemii i takie ma prawo. Ostatecznie każdy z nas gromadzi własne doświadczenia, obraca się wśród całkiem innych ludzi, różni nas także próg odporności na stres. Sytuacja zmieniała się wtedy bardzo dynamicznie, nie wiadomo było co stanie się następnego dnia – dlatego mogę podzielić się jedynie własnymi odczuciami, które niekoniecznie muszą być zbieżne z tym, co przeżyli inni.

Charakterystyczne tunezyjskie kłódki nieoczekiwanie stały się symbolem zamknięcia.

Epidemia COVID19 sprawiła, że świat wstrzymał oddech. Na długie tygodnie wszędzie zamarło życie, pojawiły się różne obostrzenia i ograniczenia. Kiedy w połowie marca tego roku wsiadałam do samolotu na Djerbę, w Polsce było zaledwie kilka wykrytych przypadków choroby i nic nie wskazywało na to, by wkrótce miało wydarzyć się coś, co zakłóci nasz codzienny rytm. Nastroje w samolocie niczym nie różniły się od tych z moich poprzednich wyjazdów, może oprócz tego, że część turystów po nadmiernym spożyciu napojów wyskokowych robiła sobie selfie w maseczkach zamiast zwykłych zdjęć. Wśród pasażerów były rodziny z dziećmi, kobiety w ciąży, sporo starszych osób. Każdy myślał głównie o tym, jak spędzić wakacje, w rozmowach niespecjalnie przewijał się temat epidemii, a jeśli padały jakieś komentarze, dotyczyły procedur bezpieczeństwa na Okęciu lub raczej ich braku. Uczestników lotu bardziej ciekawił standard wybranego hotelu niż sytuacja zdrowotna w Tunezji. Nadzieja na morze, ciepło i piękne widoki okazywała się ważniejsza od snucia mrocznych wizji.

Tunezja przyciąga błękitem. Głęboki kolor nieba nie jest tu niczym niezwykłym, niezwykłe jednak są puste ulice w miejscu będącym na co dzień popularnym szlakiem spacerowym.

Djerba przywitała mnie piękną pogodą, czystym niebem i wszechobecnym spokojem. Po standardowym pomiarze temperatury i odprawie paszportowej, mogłam ruszać dalej. Przez ostatnie miesiące tęskniłam za widokiem dobrze znanych miejsc. Ulice w centrum wyspy jak zwykle były głośne i kolorowe, ludzie uśmiechnięci, choć niektórzy w maseczkach, kawiarnie pełne. Przez okno samochodu dostrzegłam tekturowe kubki na kawiarnianych stolikach, ale gdzieś znikły wszechobecne dotąd fajki wodne. Sytuacja szybko została wyjaśniona: okazało się,  że to skutek regulacji wprowadzonych przez rząd. W związku z epidemią zakazano palenia sziszy i nałożono obowiązek stosowania jednorazowych naczyń w lokalach gastronomicznych pod groźbą wysokich kar finansowych. Każdego dnia mogłam zatem oglądać różne wersje papierowych kubków, a wzornictwo było naprawdę bogate: od szaro – brązowej klasyki, poprzez owoce, serduszka czy śmieszne napisy. Najbardziej chyba urzekły mnie zjadliwie różowe kubki z logo Hello Kitty w mojej ulubionej kawiarni i poważni starsi panowie popijający z nich kawę.

Houmt Souk, centrum wyspy. Zrobienie tu zdjęcia bez obecności przypadkowych przechodniów zwykle graniczy z cudem. Do pewnego momentu okoliczne sklepy były jeszcze otwarte, ale wraz z wprowadzeniem godziny policyjnej i wyludnianiem się ulic, sprzedawcy stopniowo poddawali się – nie mieli dla kogo pracować.

W tunezyjskich mediach pandemia stała się tematem przewodnim. Słowo “wirus korona” co chwilę przewijało się w rozgłośni radiowej słuchanej przez nas w samochodzie, w nagłówkach francuskojęzycznych gazet, w ulicznych rozmowach. Oczywiście zasypywano mnie pytaniami o sytuację w Polsce. W zaprzyjaźnionej kawiarni w Houmt Souk wszyscy klienci wpatrywali się tylko w jeden punkt: w ekran telewizora. Tunezja żyje z turystyki i choć wśród mieszkańców wyspy nie dawało się w tych pierwszych dniach wyczuć złych nastrojów, każdy oczekiwał w napięciu na rozwój wydarzeń. Komentowano poczynania rządu, dostępność miejsc i wyposażenie szpitali, ogólny stan opieki medycznej, lek na COVID19, który podobno istnieje, ale podważa się jego działanie. Nie brakowało przy tym teorii spiskowych, domysłów, kto ma ukryty cel w blokowaniu dostępu do lekarstw, dlaczego nie korzysta się z czegoś, co przecież pomaga  i czy na pewno pojawienie się wirusa to kwestia przypadku. Wszystkich niepokoiła niepewność najbliższej przyszłości, to, w którą stronę potoczą się sprawy. Wtedy nikt jeszcze nie spodziewał się, że zostanie wprowadzona godzina policyjna, a potem stan wyjątkowy, rozważano po prostu różne scenariusze, jednocześnie dyskutując o sytuacji w innych krajach, głównie we Włoszech i Francji.

Zamknięte kawiarnie, sklepy z pamiątkami, zakłady fryzjerskie – ten widok powoli stawał się codziennością.

Odnosiłam wrażenie, że Tunezyjki lepiej radzą sobie ze strachem przed chorobą niż męska część społeczeństwa. Na kawie u koleżanki wręcz sypały się żarty na temat znajomych panów, którzy już zdążyli pożegnać się z rodziną w przekonaniu, że na pewno zachorują i umrą. Dziewczyny nie zostawiały na nich suchej nitki, prześcigając się w opowieściach o męskich histeriach, płaczu i modlitwach. W czasie, gdy Polacy rzucili się na makaron i papier toaletowy, o czym informowały mnie memy na Facebooku, na wyspie, wyjąwszy jednostkowe przypadki, podchodzono do wszystkiego z dystansem i względnym spokojem. Na ulicach, z wyjątkiem parkingów w pobliżu supermarketów, widać było wprawdzie bardzo mało ludzi, ale makaronu, papieru toaletowego i płynu do dezynfekcji rąk nikt nie wykupował. Słysząc, że w Polsce zaczyna tych produktów brakować, znajomi zaopatrzyli mnie w pokaźne zapasy żelu odkażającego i tylko cudem obroniłam się przed przyjęciem pozostałych towarów deficytowych, z papierem toaletowym na czele :)))

Przy tym rysunku w Houmt Souk codziennie kręcą się tłumy. Zatrzymują się tu zarówno turyści jak i Tunezyjczycy, pora dnia nie ma większego znaczenia. Chcąc zrobić zdjęcie, trzeba długo czekać albo przyjść o świecie, gdy wszyscy jeszcze śpią. Taka pustka to zjawisko niezwykłe.

By zobaczyć, że mieszkańcy wyspy poważnie podeszli do tematu pandemii, należało udać się do któregoś z lokalnych supermarketów. W każdym, ale to dosłownie w każdym większym sklepie spożywczym na Djerbie, niemal natychmiast wprowadzono restrykcyjne środki bezpieczeństwa: obowiązkową dezynfekcję rąk (gdzieniegdzie wręcz nakaz noszenia rękawiczek), konieczność zachowania odstępów w kolejce do kasy i między półkami, odkażanie koszyków i wózków po każdym kliencie. Obsługa, wyposażona w maseczki i rękawiczki, skrupulatnie wywiązywała się ze swoich zadań, dbając o przestrzeganie zasad, ale raczej nikt się próbował ich łamać. Po powrocie do Polski i zakończeniu kwarantanny bardzo zdziwiło mnie to, że nie stosowano nawet połowy podobnych obostrzeń, pojawiły się dopiero kilka tygodni później. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie podglądała, co kupują miejscowi. Preferencje kulinarne wyglądały standardowo: olej, harissa, cukier, mleko, mięso, oliwki, trochę kuskusu i makaronu, woda mineralna plus ukochane przez Tunezyjczyków napoje gazowane. Moją uwagę zwróciły tylko olbrzymie ilości proszku do prania, poza tym nie zauważyłam niczego niezwykłego, słyszałam jednak, że w innych częściach Tunezji, podobnie jak w Polsce, zdarzał się boom na produkty mączne.

Główny plac w Erriadh. Sporo sklepików i okolicznych galerii na co dzień pozostaje zamkniętych, ale turyści kręcą się i fotografują na tle niebieskich drzwi. Tym razem nie było nikogo.

Spędzając czas w domu, w sklepach i na wędrówkach po wyspie, czułam się bezpiecznie, oddalona od atmosfery powszechnej paniki, jaka panowała wówczas w naszym kraju. Mimo pewnego wyczuwalnego wśród ludzi napięcia, nie opuszczał mnie spokój – cieszyłam się, że mogę być w miejscu, z którego najchętniej bym nie wyjeżdżała. Nawet gdy sytuacja z dnia na dzień zaczęła się zmieniać i przybierać poważniejsze rozmiary, miałam wrażenie, że nie towarzyszą temu tak skrajne emocje jak te, które przewijały się w doniesieniach z Polski. Nie pierwszy raz byłam pod wrażeniem tego, jak bardzo Tunezyjczycy wierzą w los i w boskie wyroki. Słynne arabskie “jak Bóg zechce”  natychmiast znalazło przełożenie na nową rzeczywistość. Wszystko jest przecież w rękach siły wyższej – trzeba jej po prostu zaufać, a wtedy “inchallah” na pewno będzie dobrze.

Pokochałam Djerbę kilka lat temu i zawsze z przyjemnością wkładam lokalny strój. COVID19 pokrzyżował mi zakupowe plany, ale udało się przywieźć kilka tunik 🙂

Odmienne nastroje panowały za to wśród rodaków, których spotykałam na Djerbie. Doniesienia o zamknięciu polskich granic skutecznie zepsuły nam samopoczucie – niezależnie od tego, czy ktoś przyleciał z wycieczką, czy na własną rękę, wszyscy mieliśmy bilety na czarter. Nikt nie wiedział, co dalej, czy będziemy zmuszeni do skrócenia pobytu, czy może nasz lot jednak odbędzie się w planowanym terminie. Wyglądało to tak, jakbyśmy siedzieli na bombie zegarowej, zaczęły mnożyć się plotki i spekulacje na przykład o wyrzucaniu turystów z hoteli. Starałam się uspokajać tych uczestników wycieczek, z którymi miałam okazję rozmawiać – znając trochę tunezyjskie realia wydawało mi się mało prawdopodobne, żeby ktoś faktycznie miał zostać wyrzucony. Ostatecznie w Tunezji turysta to świętość, ktoś, o kogo się dba i traktuje z szacunkiem, więc od początku odbierałam te rewelacje jako próbę niepotrzebnego podgrzewania atmosfery, jednocześnie ciesząc się, że już od dawna nie mam styczności z hotelowym życiem, słuchaniem narzekań i różnych dziwnych rzeczy. Patrząc z perspektywy czasu myślę, że ktoś po prostu naczytał się relacji z innych części świata, na przykład ze Sri Lanki, gdzie podobno faktycznie zamykano hotele nie dbając o losy mieszkańców, po czym próbował przenieść to na Tunezję, siejąc zbędny niepokój. Widząc, że martwię się wizją wcześniejszego powrotu do kraju, znajomi namawiali mnie, żebym nie wracała, tym bardziej, że w Polsce było w tym czasie więcej zachorowań. Mimo pokus, nie zdecydowałam się jednak na takie rozwiązanie. Nie wiadomo było kiedy ruch lotniczy zostanie wznowiony ani jak będzie wyglądać rzeczywistość w najbliższych miesiącach. Na szczęście biuro, w którym kupowałam bilety nie zamierzało organizować wcześniejszego powrotu, więc wiadomość, że wylecę z Djerby tak, jak planowałam sprawiła, że w końcu odetchnęłam z ulgą.

Są takie miejsca, z których zawsze szkoda wyjeżdżać, niezależnie od okoliczności i zawirowań losu. Będąc w Polsce tęsknię z tymi ulicami, a na tej znam już chyba każdy kamień i ubytek w murze.

Tuż po zamknięciu polskich granic, władze Tunezji wprowadziły godzinę policyjną. Skrócono też czas otwarcia kawiarni i restauracji z możliwością zamawiania wyłącznie na wynos. Sprzed lokali poznikały stoliki i krzesła, a sterty poskładanych ogrodowych mebli sprawiały przygnębiające wrażenie. Po godzinie 18 nikt nie miał prawa przebywać poza domem bez wyraźnego, nieobjętego restrykcjami powodu. Złamanie zakazu groziło karą grzywny, a nawet aresztem. Z dnia na dzień Djerba zamieniła się dosłownie w wyspę – widmo, zamieszkałą chyba tylko przez bezpańskie koty. Nawet pogoda się pogorszyła: zgasło słońce, zrobiło się szaro, zerwał się silny wiatr, chwilami padał deszcz. Policja bez skrupułów zatrzymywała tych, którzy nie przestrzegali godziny policyjnej, choć były to na ogół pojedyncze przypadki. W kulturze, która tak dalece opiera się na wspólnocie i bliskich relacjach, zaskakiwało mnie poważne podejście do nałożonych zakazów. Nie wiem, jak wyglądało to w pozostałych regionach Tunezji, ale mieszkańcy wyspy nie mieli większego problemu z pozostaniem w domach. Ponieważ zamknięcie granic Europy stało się faktem, z lotniska jeden po drugim odlatywały kolejne samoloty wywożąc turystów, co natychmiast przełożyło się na ogólne nastroje. Brak ruchu turystycznego to brak środków do życia, widmo głębokiego kryzysu, bankructw i ludzkich tragedii. W kraju, gdzie znaczna część gospodarki opiera się na turystyce lub działalności pokrewnej, przyszłość nie rysowała się w kolorowych barwach.

Na tej ulicy niemal zawsze widać bawiące się dzieci, mieszkańców okolicznych domów, którzy załatwiają swe codzienne sprawy, albo przyjezdnych zainteresowanych rysunkami powstałymi w ramach projektu Djerbahood.

Sezon letni 2020 stanął pod znakiem zapytania, zaczęto otwarcie mówić, że jest całkiem stracony. Czekając któregoś dnia na kawę przy barze w ulubionej kawiarni dałam się wciągnąć w rozmowę krążącą wokół ponurych tematów: kryzysu ekonomicznego, cięć kosztów, zwolnień pracowników w hotelach, rachunków, które ciężko będzie opłacić, także i tego jak spędzić nadchodzący ramadan w obliczu restrykcji. Ramadan to wspólne posiłki, rodzinno – sąsiedzkie wizyty, całonocne modlitwy w meczecie – świętowanie w warunkach powszechnej izolacji wydawało się całkowitą abstrakcją. Na to nałożyły się zwykłe sprawy bytowe – skąd wziąć pieniądze na święta, gdy możliwości zarobkowe spadły praktycznie do zera? Tunezyjczycy żyją dniem dzisiejszym, mało kto dba o to, by mieć oszczędności, nic więc dziwnego, że w sytuacjach kryzysowych na wszystkich pada strach. Dużo można byłoby tu napisać o tunezyjskich realiach, ale to temat na odrębny wpis. Najłatwiej byłoby po prostu powiedzieć, że takie są kulturowe uwarunkowania, chociaż to spore uproszczenie i zaledwie część prawdy. W kraju, gdzie mnóstwo ludzi pracuje na czarno, zarobki są niskie, a rodziny liczne, często nie ma warunków, żeby oszczędzać czy jakoś zabezpieczyć się pod względem finansowym. Ludzka solidarność jest jednak ogromna, na ogół sąsiad sąsiadowi nie da umrzeć z głodu.

Zamknięcie granic, a w chwili obecnej utrudnienia w podróżowaniu, to dla mnie najgorsza konsekwencja pandemii. Z każdym dniem coraz bardziej tęsknię za tym, żeby znów wsiąść do samolotu.

Mnie też udzieliło się poczucie ogólnej wspólnoty i ogromny żal, że tylu ludzi w miejscu, które kocham, przypuszczalnie zostanie bez środków do życia. Miałam coraz mniejszą ochotę wyjeżdżać i właściwie już zaczynałam tęsknić, szczególnie wobec braku perspektyw na w miarę szybki powrót. Chcąc się jakoś wyciszyć, zaczęłam robić ostatnie zakupy. Wiedząc, że w Polsce będę musiała poddać się kwarantannie, chciałam zabrać ze sobą kawałek Tunezji. Zrobiłam spore zapasy oliwy, harissy, tuńczyka w puszkach (tak! ten tunezyjski smakuje inaczej niż polski) ulubionej miętowej herbaty, ciasta na brik, kupiłam nawet karmelową kawę z cykorii. W przededniu mojego wyjazdu na sklepowych półkach wciąż leżał makaron, znikły za to uśmiechy z ludzkich twarzy. Doskonale to rozumiałam. Ostatni tunezyjski wieczór upływał mi w atmosferze, że dzieje się coś ostatecznego, niepokojącego, innego niż zawsze. I cóż, chyba nigdy nie wracałam do Polski tak bardzo przygnębiona, mimo, że mam za sobą różne trudne powroty.

Od niedawna znów można latać do Tunezji, ale wciąż obowiązują pewne obostrzenia. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że niedługo wszystko wróci do normy.

Parę dni po moim przylocie, Djerba została całkowicie zamknięta i odizolowana od innych części kraju, wstrzymano ruch komunikacyjny, łącznie z przeprawą promową. W kolejnych tygodniach wybuchały protesty wśród przyjezdnych Tunezyjczyków, którzy stracili pracę, ale nie mogli opuścić wyspy, by wrócić do domów. Mimo wszystko wydaje mi się jednak, że tunezyjskie władze dobrze radziły sobie w warunkach pandemii, szybko wprowadzając zakazy niedopuszczające do rozprzestrzeniania się choroby. W chwili obecnej obostrzenia są stopniowo łagodzone, sektor turystyczny powoli wraca do życia, choć nie zanosi się na to, że tunezyjska gospodarka szybko stanie na nogi. Czy podróżowanie jest już bezpieczne? Czy można pozwolić sobie na egzotyczne wakacje? W wielu miejscach sytuacja wciąż jest niepewna pod względem prawnym i zmienia się niemalże z dnia na dzień, dlatego na te pytania na razie nie ma dobrej odpowiedzi.

 

 

 

Pieczony kalafior z sosem pietruszkowym

Czasem odnoszę wrażenie, że na Bliskim Wschodzie grilluje się wszystko :))) Ten, kto kiedykolwiek miał przyjemność poczuć zapach grilla na arabskiej ulicy wie, że jest niepowtarzalny, a wdychając go człowiek niemal od razu dochodzi do wniosku, że chyba jest głody (nie ważne, że chwilę temu właśnie wstał od stołu) :))) Rodziny są duże, przy każdym posiłku gromadzi się wiele osób, nie zawsze jest zatem czas i ochota na krojenie, porcjowanie i wymyślne stylizacje. Jeśli pomidor to cały, jeśli cebula – cała, mięsa też solidne kawały, czemu więc nie zgrillować w ten sposób kalafiora? Potem można odrywać go sobie po kawałku, moczyć w sosie czosnkowym, ziołowym, z pasty sezamowej czy nawet w oliwie z harissą. Pyszna sprawa! Wielokrotnie po powrocie do Polski zdarzało mi się tęsknić za tym smakiem, chociaż kalafiory jadam sporadycznie :))) Cóż, sezon grillowy niestety twa u nas zaledwie przez kilka miesięcy, a o rozpaleniu grilla w mieście można jedynie pomarzyć, jeśli nie ma jak pojechać za miasto. Chcąc odtworzyć ulubione smaki, pozostało mi po prostu przeprosić się z piekarnikiem :)) Nabyłam więc cudownie piękne fioletowe kalafiory, w których barwie dosłownie się zakochałam i postanowiłam zrobić z nich szybką, prostą i ładnie wyglądającą przekąskę. Mimo pokus, nie upiekłam całego kalafiora – odkąd zajęłam się fotografowaniem, tak bardzo lubię układać różne kompozycje, że nie umiałabym chyba z tego zrezygnować :))  Do przepisu można oczywiście użyć każdego kalafiora, niezależnie od jego wielkości i koloru :))

Pieczony kalafior z sosem pietruszkowym:

Składniki na 2 porcje:

  • kalafior
  • dwie łyżki oliwy z oliwek
  • sól himalajska (może być inna)
  • ziarenka czerwonego pieprzu do dekoracji

Składniki na sos:

  • pęczek pietruszki
  • 50 ml oliwy z oliwek
  • 20 g mielonych migdałów lub orzeszków pinii
  • sok wyciśnięty z całej limonki
  • pół łyżeczki pudru czosnkowego lub suszonego czosnku
  • pół łyżeczki czerwonego pieprzu
  • sól do smaku

Przygotowanie:
1. Pietruszkę drobno siekamy. Wszystkie składniki na sos blendujemy razem tak, by powstała możliwie gładka, jednolita masa. W razie potrzeby rozrzedzamy ją oliwą z oliwek. Następnie sos odstawiamy i trzymamy go w temperaturze pokojowej, żeby nabrał wyraźnego smaku.

2. Kalafiora obieramy z liści, dzielimy na różyczki lub nawet na gałązki i przez dłuższą chwilę moczymy, żeby potencjalni lokatorzy, jeśli takich ma, zdążyli go opuścić, a my zyskać pewność, że danie będzie w 100% wegetariańskie 🙂

3. Piekarnik rozgrzewamy do 180 – stopni.

4. Odsączony kalafior układamy w naczyniu żaroodpornym i delikatnie smarujemy z oliwą z oliwek (najlepiej pędzelkiem kuchennym), następnie wierzch naczynia przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy do nagrzanego piekarnika.

5. Po 30 minutach wyciągamy kalafior z piekarnika, solimy i w razie potrzeby ponownie smarujemy oliwą.

6. Pieczemy kalafiora kolejne 45 minut lub do miękkości. Pod koniec pieczenia zdejmujemy folię, żeby wierzch ładnie się zarumienił.

7. Kalafiora podajemy z dressingiem lub z innym sosem według uznania. Dekorujemy go czerwonym pieprzem i listkami pietruszki.

UWAGA: jeśli gotujemy kolorowe kalafiory w wodzie, prawdopodobnie stracą intensywną barwę. Przy pieczeniu powinny zachować swój kolor.

 

 

 

Salam! Poznajmy się!

 

Tytuł tego pierwszego powitalnego wpisu jest chyba trochę na wyrost 🙂 Część z Was znam przecież od dawna z Facebooka, Instagrama i spotkań na żywo w różnych częściach Polski. Kojarzę Wasze imiona i nazwiska, czasem również twarze ze zdjęć profilowych. Bardzo się cieszę, że przez te wszystkie lata udało nam się stworzyć miłą i zgraną społeczność, wolną od wszystkich tych negatywnych zjawisk, które tak często mają miejsce w sieci. Oczywiście zdarzały się przykre incydenty, na szczęście pozostawały jednak w mniejszości i to w dużym stopniu dzięki temu, że wspólnie ze mną dbaliście o przyjazną atmosferę, za co serdecznie dziękuję. Teraz nadszedł czas, by z mediów społecznościowych przenieść się na bloga i mocno wierzę, że będziecie się tu ze mną regularnie spotykać. Jak Was sobie wyobrażam? Jako osoby ciekawe świata, kochające podróże, otwarte na nowe miejsca, wolne od uprzedzeń. Podejrzewam, że lubicie gotować, odkrywać nowe smaki i spędzać dużo czasu w kuchni, bo to przecież tam toczy się znaczna część domowego życia. Mam nadzieję, że, podobnie jak ja, uwielbiacie także przesiadywać w kuchniach innych ludzi, chłonąć wrażenia, zapachy, prowadzić rozmowy, podjadać różne pyszności, podglądać co w garnkach pyrkocze. Tak Was odbieram, choć może się mylę. Każdy z nas jest przecież inny, ma własne poglądy i upodobania. A może, korzystając z okazji, zechcecie napisać parę słów o sobie? Chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej o tym, kim jesteście, gdzie na co dzień mieszkacie, w jaki sposób do mnie trafiliście, jaki kraj jest najbliższy Waszym sercom… Czy macie jakąś ulubioną egzotyczną potrawę? Oczywiście z przyjemnością odpowiem także na wszystkie pytania, które Wy zechcecie mi zadać, trochę więcej informacji znajdziecie też w zakładce O mnie 🙂 Bardzo chciałabym, żebyście współtworzyli ze mną to miejsce, dzielili się przemyśleniami i propozycjami tematów, a w komentarzach dawali znać o swojej obecności. Liczę na to, że wspólnie uda nam się nieco odczarować nasze ulubione kierunki i pokazać je nie tylko z kulinarnej strony. Wśród wielu propozycji, jakie przygotowałam, nie zabraknie opowieści z podróży, ciekawostek z codziennego życia, zabawnych historii. Czasem będzie wesoło, czasem poważnie i smutno, najważniejsze jednak, żeby nie było nudno 🙂 Wiem, że przez te wszystkie lata (to już 6!!!) przyzwyczailiście się do naszych spotkań na Facebooku, ale nieśmiało liczę na to, że tutaj też Wam się spodoba, tym bardziej, że blog daje znacznie lepsze możliwości dzielenia się zdjęciami, nie niszcząc ich jakości. To co, zaczynamy? 🙂